W Pelican Cove mieszkamy w domu gościnnym, gdzie mamy własną sypialnie z łazienka oraz dostępne rowniez dla innych mieszkańców Pelican Cove, pokoje rekreacyjne, konferencyjne, stołówkę i kuchnię. Sypialnia jest na pietrze, z którego jest bezpośrednie wyjście na taras.
Z okna sypialni oraz z tarasu mamy uroczy widok na nasz basen, zatokę i przecudowna tropikalną roślinność. Do basenu możemy zejść bezpośrednio z tarasu.

Woda w basenie jest lekko podgrzewana. Dziś słońce bardzo niemrawo przebijalo sie przez chmury. Byli ciepło, ale nie upalnie. Okazało sie, ze kiedy weszliśmy do basenu, to bylo nam w nim cieplej niż na zewnatrz.

Po lunchu pojechaliśmy na krokodyle. Niestety zagapilismy sie na miejscu przy pamiatkach i nasz stateczek odpłynął bez nas.
Kupiłem sobie t-shirt z aligatorem i pojechaliśmy z powrotem. Poszczescilo nam sie jednak po drodze i na mostku zauważyliśmy pływające w wodzie zwierzaki. Jeden krokodyl leżał w trzcinach, a dwa pływały z górna połowa głowy nad woda.
Widzieliśmy, ze można tu też wypożyczyć kajaki. Brrr, to trzeba mieć mocne nerwy aby na taka wyprawę oko w oko z takimi stworami się wybrać. Ale podobno, jak dotąd, tutaj nikogo jeszcze krokodyl nie skrzywdzil.
Jadąc dalej zatrzymaliśmy sie na chwilę, aby zrobic kilka krokow pieszo w glab naturalnego lasu Florydy. Niebywałe doświadczenie. Kompletnie inna roślinność z jaka dotąd w życiu mieliśmy do czynienia. Niby palmy, ale w takim naturalnym środowisku to zupełnie coś innego. Żadna palmiarnia tego nie odda. Wyobraź sobie jakis nasz rezerwat, gdzie leżą zwalone naturalnie i nie ruszane przez człowieka drzewa. Teraz zastąp te drzewa palmami i lianami.
Dojezdzajac do Sarasoty nagle zauważyłem pod nogami cała chmare mrówek. Musiały przyczepić sie do buta. Zaczęły sie rozchodzić po samochodzie i wspinać na moje nogi. Szybko zacząłem je tłuc.
Wanda powiedziała, ze jezeli są to czerwone mrówki, to ukąszenie takiej może mnie boleć przez kila tygodni. Ugryzly mnie na nodze i na dłoni. Ale z tego co widzę teraz wieczorem, to już prawie nie mam śladu. Więc chyba to nie były czerwone mrówki (które podobno wcale nie są w czerwonym kolorze).
W ten sposób mieliśmy pierwsza osobista styczność z egzotyka Florydy. Jeszcze dodam, ze dziś w naszej jadalni dostrzeglismy na ścianie jaszczurke. A urocze szare wiewiórki, które tutaj biegaja wszędzie, gdzie są tylko drzewa, powoli stają sie dla nas tak powszechne jak w Polsce wróble.
Witam bardzo cieplutko!
Przezyliscie bardzo barwny, pelen ciekawych wydarzen dzien. No moze tych mrowek moglo nie byc, he he.
Jestes bardzo dobrym korespondentem.
Pozdrawiam z usmiechem Marzanna
Witaj Mirku
O tych mrówkach mówiłam Ci przed wyjazdem. Oglądałam film o nich. Momentami był to prawie horror. Są lekko przezroczyste a kolor czerwony jest bliższy pomarańczowej barwie.
Przybyły na statku z Ameryki Południowej i coraz bardziej obejmują we władanie Florydę. Najbardziej niebezpieczne są dla ogrodników.
Kiedy patrzę na te przepiękne zdjęcia z ogrodów, to doceniam pasję tych ludzi dla tej pracy i odwagę z jaką ją wykonują. Ich talent i efekt pracy może budzić wyłącznie zachwyt.
Pozdrawiam i życzę cudownych wrażeń.
Basia
Pingback: Spacerkiem wzdłuż Pelican Cove | Podróż do USA